BlogPodróże ze stylem

Nasze ferie w Karkonoszach i we Wrocławiu

By 6 lutego 2019 Luty 9th, 2019 No Comments

Jestem wróżką letnią bez dwóch zdań. Mam jednak w domu wróżkę letnią, która na widok padającego śniegu wpada w zachwyt. Marzeniem mojej wróżki były góry, sanki i lepienie bałwana, więc zaczęliśmy to rozpatrywać na poważnie. A ponieważ w roku 2018 odbyliśmy dużo ciepłych podróży (Hiszpania, Tel Awiw, Niemcy, Dania, Malediwy oraz Kreta), to stwierdziliśmy, że przyda nam się chwila oddechu zanim znów ruszymy gdzieś daleko. Szczególnie, że przed nami spore wydatki związane ze zmianą samochodu (w związku z planami podróżniczymi) i jego wyposażeniem.

Ruszyliśmy więc w Karkonosze. Na miejscu okazało się, że śniegu nie ma zbyt wiele, ale 15 kilometrów dalej leżała istna kraina lodu zwana Mala Upa w Czechach.

Nasza córeczka pierwszy raz w życiu widziała tyle śniegu. Śmiechu i pisków było mnóstwo i za każdym razem, gdy lądowałyśmy na sankach na dole jakiejś górki słyszałam tylko – jeszcze raz, proszę.

Mieszkaliśmy w Kowarach, małej miejscowości niedaleko Karpacza. Szukając noclegu wpadliśmy na urocze domki, które zachwyciły nas pięknymi wnętrzami, cudownymi widokami na góry oraz świetnymi recenzjami.

Wysokie Łąki, Kowary
Wysokie Łąki, domki w górach, Kowary

To taka historia z happy end-em, czyli opinie okazały się być zgodne z prawdą. Właściciele miejsca – Wysokie Łąki, domki w górach w Kowarach, to wspaniali, ciepli i sympatyczni ludzie, którzy właśnie takie miejsce stworzyli.

Dla nas szalenie istotne było to, aby znaleźć miejsce z dala od zgiełku miasta, klimatyczne, przestronne, z pięknym widokiem i własną kuchnią. Odkąd zmieniliśmy kierunek na wegański i bardzo zaczęliśmy dbać o zdrowie, możliwość przygotowania posiłków we własnym zakresie jest szalenie ważna. Mieliśmy też szansę testować przepisy na zdrowe i proste śniadania, które już na wiosnę ukażą się w moim ebooku “Zacznij dzień zdrowo i stylowo”. Jeśli chcesz dostać informację kiedy ebook będzie już dostępny, to zapisz się do mojego newslettera TUTAJ na dole strony.

Dwa piętra dawały wygodną przestrzeń. Na dole w salonie przy kominku graliśmy w ulubione gry, czytaliśmy książki i szykowaliśmy posiłki, a na górze spaliśmy i wypoczywaliśmy. To miejsce spełniło wszystkie nasze oczekiwania i chętnie tu wrócimy.

Kowary

Nieopodal natknęliśmy się na zjawiskowy zamek niczym z bajki. Okazało się, że to sanatorium przeciwgruźlicze Wysoka Łąka w którym przez dwadzieścia lat przebywał Józef Gielniak znany grafik, który tworzył głównie linoryty. Architektura i otoczenie sanatorium były najczęstszymi motywami jego prac, choć nie zawsze traktowanymi dosłownie. Miał 19 wystaw indywidualnych w kraju i 3 za granicą. Na allegro udało mi się znaleźć album z jego pracami, który niewątpliwie będzie jednym ze wspomnień tego wyjazdu.

Sanatorium Wysoka Łąka

Ostatniego dnia zanim ruszyliśmy w dalszą część naszej podróży zatrzymaliśmy się w Karpaczu. Tłumy ludzi, brak miejsca na parkingach tylko utwierdziły nas w przekonaniu, że to był dobry wybór, aby na ferie nie wybierać się w miejsca najbardziej oblegane przez turystów. Tym razem szczególnie potrzebowałam ciszy, spokoju, oderwania i zapomnienia. Potrzebowałam zrobić sobie przerwę od pracy, którą uwielbiam. Wyrzucić śmieci z głowy i na nowo ustawić życiowe priorytety.

Wejście na Śnieżkę pozostawiliśmy sobie na okres letni, ale koniecznie chcieliśmy zobaczyć miejsce, które kojarzyło mi się z wakacjami z dzieciństwa.

Kościółek Wang zbudowano na przełomie XII i XIII w. i pochodzi on z południowej Norwegii z miejscowości Vang, położonej nad jeziorem o tej samej nazwie.
Konstrukcja tej zjawiskowej, drewnianej budowli została wykonana bez użycia metalowych gwoździ, wszystkie połączenia zrealizowane zostały z wykorzystaniem drewnianych złączy ciesielskich. Wnętrze kościoła zdobią oryginalne elementy i rzeźby, m.in. smoków, lwów, twarzy wikingów.

To miejsce wyjątkowe, magiczne. Szczególnie wtedy, gdy wokoło leży mnóstwo błyszczącego w słońcu śniegu.

Po kilku dniach w Karkonoszach ruszyliśmy do Wrocławia. Zazwyczaj czas z dzieckiem i miasto nie kojarzyło mi się zbyt dobrze, ale to wszystko kwestia organizacji. Zwiedziłam całą starówkę, obejrzałam niesamowite zakamarki za sprawą krasnali. Poszukiwania ich przez moją córeczkę zapewniły frajdę i przygodę na kilka dni. A pod hasłem “szukajmy kolejnego krasnala” zajrzałyśmy też do wrocławskich second handów.

Wrocław

I choć nic nie kupiłyśmy, to zrobiłyśmy sobie długi spacer w blasku słońca rozmawiając o pracy, finansach i mądrym wydawaniu pieniędzy.

Ze względu na spotkania biznesowe mojego męża wybraliśmy hotel w samym centrum Wrocławia. Ku mojemu ogromnemu szczęściu okazało się, że mamy dosłownie dwie minuty drogi do raju. Raj ten to Bar wegański VEGA z którego szczerze mówiąc moglibyśmy nie wychodzić. Bo to cudowne, klimatyczne miejsce z pysznym jedzeniem. Przychodziliśmy tam na śniadania, obiady i kolacje. Dawno nie jadłam tylu pysznych i prostych dań. Do tego tanich no i przede wszystkim wegańskich. Zraz kaszy jęczmiennej w sosie pieczarkowym codziennie gościł na naszych talerzach. Smak obłędny! Jedliśmy też kotleciki z kaszy jaglanej ze szpinakiem, te z buraka, pyszną zupę pomidorową, barszcz ukraiński i krupnik. Po deser najczęściej sięgała nasza córeczka i był to zazwyczaj wegański ma się rozumieć tort czekoladowy. Po prostu obłęd!

Vega, bar wegański

Codziennie stawałam przed wielką tablicą menu i zastanawiałam się co zamówić, bo nie wyobrażałam sobie dnia bez zrazu z kaszy jęczmiennej ale na liście była jeszcze lazania i strogonow.

Raz też udało nam się dotrzeć na śniadanie, które jest serwowane do godziny 11.00 aby spróbować humusu i napić się pysznej kawy na mleku sojowym.

Proszę, wręcz błagam o takie miejsce w Warszawie.

I na koniec ciekawostka. Wiecie ile kosztuje taki zestaw prezentowany na zdjęciu? Zraz z kaszy jęczmiennej z ziemniaczkami i surówką to koszt 15pln. Humus na śniadanie kosztuje 6,50pln. No obłęd podwójny. Jak ja będę żyć po powrocie do domu? Nie pozostaje mi nic innego jak próba wykonania zrazów z kaszy jęczmiennej samej i list do właściciela baru z prośbą o rozpatrzenie otwarcia takiego samego miejsca w stolicy.

Przyznaję, że mieliśmy inne plany i marzenia. Każde ferie mieliśmy spędzać w ciepłych krajach. W tym roku musieliśmy przesunąć plany ze względu na wzmożoną realizację celów w zeszłym roku. Malediwów oraz Krety nie było w planie również w tym budżetowym, dlatego w tym roku nie daliśmy rady pojechać gdzieś daleko.

Niczego jednak nie żałuję, a plany po prostu przesunęliśmy. Jestem też z nas cholernie dumna. Sześć lat temu stworzyłam swoją firmę od zera. Mój kochany mąż zrobił to samo trzy lata temu. Obciążenia jednak pozostały te same a lista marzeń i miejsc, które chcemy zobaczyć wciąż rośnie. Sami, prowadząc własne firmy, nie zależąc od nikogo jesteśmy w stanie realizować te marzenia, które często są kosztowne i wymagające. Czyż to nie jest właśnie sukces?

Dla mnie jest i to ogromny.

Dziękuję Wrocław, dziękuję Karkonosze. To były piękne, pyszne i wartościowe ferie.

Justyna Krawczyk

Style Coach


Leave a Reply