To było wiele lat temu. Mieszkałam wtedy w Toruniu, studiowałam i pracowałam jednocześnie. To był pierwszy rok samodzielności i wolności. To było moje nowe, cudowne życie. Mimo, że bardzo skromne to jednak wyśnione, wymarzone, bo po swojemu. Z dala od domu, z dala od rodzinnego miasta Radomia, czułam, że to czas kiedy mogę być sobą, żyć jak chcę, wracać do domu o której chcę. Wreszcie mogłam decydować o sobie.
Ponieważ nie dostałam się na studia dzienne, to poszłam na te zaoczne. Miałam kłopot z wyborem kierunku studiów, w tej sferze nie wiedziałam czego chcę. A może po prostu nie byłam w stanie odpowiedzieć na wszystkie pytania. Mieszkałam na toruńskim osiedlu, w małym pokoju na pierwszym piętrze szeregowego domku. Pracowałam w Mc Donald’s i choć zarabiałam grosze, to byłam szczęśliwa. Samodzielna, dorosła, zarządzająca swoim życiem. Do tego mogłam jeść w Mc Donald’s ile chciałam z rabatem pracowniczym pięćdziesiąt procent. Byłam naprawdę przeszczęśliwa!
Mieszkałam w pięknym mieście, w pracy miałam wielu fantastycznych znajomych i przeżyłam pierwszą, prawdziwą i piękną miłość.
Przyszły też pierwsze święta i powrót do domu. Ledwo starczyło mi na bilet, ale dla wszystkich miałam toruńskie pierniki. Kochałam obdarowywać innych.
Tego dnia, gdy czekałam na pociąg do Warszawy (nie było pociągu bezpośredniego do Radomia, więc w Warszawie mieli mnie odebrać rodzice) dostałam prezent od mojego chłopaka. Była bardzo sroga zima, ale mimo to ściągnęłam rękawiczki z ciekawością otworzyłam prezent. Była to książka „Potęga podświadomości” Josepha Murphy-ego. Była to pierwsza książka z zakresu rozwoju osobistego jaka wpadła mi w ręce. Sprawdziłam czy jestem na właściwym peronie, spojrzałam na zegarek, siadłam na walizce i zaczęłam czytać.
Punktualnie o 16.05 podjechał pociąg a ja do niego wsiadłam. Znalazłam swoje miejsce i czytałam dalej. Książka pochłonęła mnie bez reszty. Nie przeszkadzało mi zimno w wagonie i chrapiący sąsiad. Po prostu przepadłam. W pewnym momencie usnęłam, a obudził mnie konduktor sprawdzający bilety.
Wyciągnęłam z torebki swój i nagle usłyszałam – dokąd Pani jedzie?
Do Warszawy – odpowiedziałam.
Ale ten pociąg nie jedzie do Warszawy – powiedział zdziwiony konduktor.
Wpadłam w panikę. Było ciemno i zimno, za oknem mijaliśmy ośnieżone lasy.
To gdzie my jesteśmy? – zapytałam zmartwiona. Przecież w Warszawie będą czekać na mnie moi rodzice.
Było to już ponad dwadzieścia lat temu, więc nie było jeszcze telefonów komórkowych, nie miałam jak się z nimi skontaktować. Byłam przerażona.
Jesteśmy w Łodzi – powiedział konduktor patrząc na mnie z politowaniem.
W Łodzi? – wykrzyknęłam.
Tak w Łodzi – odpowiedział spokojnie konduktor.
To co ja mam zrobić? Jak ja się dostanę do Radomia…? – wykrzyknęłam.
Do Radomia czy do Warszawy? Dokąd w końcu Pani jedzie – zapytał uprzejmie Pan, który ewidentnie chciał mi pomóc.
Zaczęłam tłumaczyć, że ponieważ nie było bezpośredniego pociągu z Torunia do Radomia, to miałam jechać do Warszawy skąd mieli mnie odebrać rodzice.
Ten pociąg jedzie do Radomia, będziemy tam za około trzy godziny – powiedział konduktor i bez słowa zamknął drzwi przedziału.
Siedziałam jak zaczarowana. Nie było bezpośredniego pociągu relacji Toruń – Radom, więc kompletnie nie rozumiałam co się stało. W nocy dojechałam do Radomia i na piechotę szłam kilka kilometrów do domu. Autobusy nie jeździły, ogromne zaspy sparaliżowały ruch, a na taksówkę po prostu nie miałam pieniędzy.
W domu oczywiście nikogo nie było, więc pozostało mi tylko czekać. Wyszłam na główną ulicę czekając aż się rozjaśni wypatrywałam samochodu rodziców. Wciąż chodziłam i podskakiwałam, aby nie zamarznąć. Kiedy nadjechali zobaczyłam spłakaną mamę i zdenerwowanego tatę, którzy przeżyli koszmar wtedy, gdy pociąg z Torunia podjechał na stację w Warszawie, a ja z niego nie wysiadłam.
Do dziś ta historia jest opowiadana ze zgrozą przez moich rodziców. Nosi nawet nazwę Pociąg Widmo. Bo następnego dnia moja mama zadzwoniła na informację PKP, aby dowiedzieć się co to był za pociąg, abym mogła wrócić bezpośrednim pociągiem z Radomia do Torunia. Jednak Pani na informacji powiedziała, że takiego pociągu po prostu nie ma. Gdy mama powtarzała, że córka właśnie takim pociągiem przyjechała, to ona powtarzała tylko – to niemożliwe, takiego połączenia nie mamy.
Pociąg widmo był moim znakiem na to, że Wszechświat istnieje, że dzieją się cuda, gdy się na nie otwieramy i żyjemy w zgodzie ze sobą. Niestety szybko utraciłam tę łączność, a pociąg o numerze 16 na kursie u Eweliny Stępnickiej jest symbolem powrotu do siebie. Niesamowity zbieg okoliczności, prawda?
Dziś to widzę i rozumiem coraz lepiej, a lekcje które wyniosłam z kursu „Jesteś Cudem” w postaci stacji kolejowych wszystko tłumaczą i pokazują jak to się mogło stać. Cieszę się jednak, że wróciłam i mój pociąg na mnie czekał mimo, że minęło tyle lat.
Stacja nr 1 – kiedy odwróciłaś się od siebie?
To właśnie w te Święta odwróciłam się od siebie. Z radością dawałam wszystkim toruńskie pierniki i inne drobne prezenty. Niestety niewiele ludzi przewidziało jakiś prezent dla mnie. Czułam się odrzucona i postanowiłam więcej tego nie robić. Żadnych prezentów frajerko – krzyczałam sama do siebie, a potem już poszłam na całość.
Porzuciłam pracę w Mc Donald’s jak również swojego wspaniałego chłopaka i zaczęłam poszukiwać wartości w pracy i karierze. Gdziekolwiek nie pracowałam, to szybko awansowałam, bo byłam niezwykle pracowita. Obrażona na świat i ludzi szukałam „prezentów” które sprawiłyby choć na chwilę, że poczułam się godna miłości. Odwróciłam się od innych kompletnie nie zdając sobie sprawy z tego, że odwróciłam się przede wszystkim od siebie.
Stacja nr 2 – dopóki zaczyna się nowy dzień, możesz wszystko zacząć od nowa
Minęło wiele lat zanim rozsypałam się na drobne kawałki. Praca w korporacji, robienie tego, co „prestiżowe” ale nie moje, praca z ludźmi, których nie lubiłam doprowadziła mnie na skraj depresji. Mąż z rozsądku, życie w schemacie sprawiły, że nie poznawałam sama siebie.
Potrząsnęłam swoim życiem, przebudziłam się, ale nie miałam siły, aby iść. Rozwód, wyrzucenie z korporacji, wywaliło mnie w emocjonalny kosmos. Ale wyszłam ponownie za mąż za miłość mojego życia, poczułam co to znaczy kochać prawdziwe, otworzyłam swoją firmę, urodziłam dziecko i… padłam.
„Proszę, idź do psychologa” powiedział mój mąż kiedy Nataszka skończyła rok. Nadal dumna i udająca niezniszczalną nie chciałam słuchać, ale w końcu trafiłam na terapię. Dziś wiem, że był to pierwszy etap poszukiwania mojego pociągu. Wiem, że bez pomocy innych bym go nie odnalazła. Przyznanie samej przed sobą, że sama już nie dam rady dało mi szansę, że go odnajdę. Swój pociąg, swój świat, siebie.
Stacja nr 3 – jeśli myślisz, że wszystko już wiesz, to gówno wiesz
Zaczęłam się składać od nowa. Wtedy, gdy myślałam, że już naprawdę wiele wiem, na scenę wkroczyła moja córka. Od dnia kiedy poszła do szkoły zaczęły się problemy. Wiecznie coś było nie tak. Źle się zachowywała, nie odpowiadała pytana, potrafiła wyjść z lekcji twierdząc, że są nudne.
Wydawało mi się, że wiem jak ma być. Zawsze obiecywałam sobie, że nie popełnię tych samych błędów co moja mama kompletnie nie zdając sobie sprawy z tego, że robiłam dokładnie to samo. Nie słuchałam, żyłam w schemacie i dałam się zastraszyć dyrekcji, która twierdziła, że jest problem z moim dzieckiem.
Kurde, tak dużo już wiedziałam, zmieniłam swoje życie, dużo czytałam i wciąż się rozwijałam. Byłam przekonana, że mam rację i dużo wiem. Okazało się, że gówno wiem. Nie zauważyłam kiedy odwróciłam się od własnego dziecka zastraszona panią dyrektor bez serca. Zapomniałam o swoim sercu, intuicji i zatrzymaniu. Na szczęście w porę przyszła refleksja, intuicja i po bardzo trudnych chwilach zabraliśmy naszą córeczkę z tej szkoły i znów zaczęliśmy pracę od podstaw. Sięgnęliśmy dna docierając do prawdy, ale dzięki temu odzyskaliśmy córkę. Słowa, które nam w tym pomogły, to słowa mojej kochanej Eweliny Stępnickiej „Jesteś cudem do odkrycia, a nie problemem do naprawienia”. Tak zaczęliśmy traktować siebie (my rodzice) ale również naszą córeczkę.
To była niezwykła lekcja pokory, którą zapamiętam na całe życie. Chcę się uczyć każdego dnia, do ostatniego oddechu jak to mówi Ewelinka. Za każdym razem gdy czuję, że ego szybuje pod niebo, gdy nos dziwnie zaczyna się zadzierać do góry, to sama szybko sprowadzam siebie na ziemię.
Stacja nr 4 – jesteśmy tu tylko na chwilę
Ta lekcja była naprawdę mocna, ale też przypominająca to, co jest najważniejsze w życiu, na czym warto się skoncentrować, poświęcić czas i energię. Jesteśmy tu tylko na chwilę, a skoro dostaliśmy taki prezent, to warto tę chwilę dobrze wykorzystać.
Stacja nr 5 – śpiewaj piosenkę swojego serca
Żal mi, że tyle lat żyłam tak daleko od siebie. Ale czasu nie cofnę, mogę tylko teraz żyć z całych sił i śpiewać piosenkę swojego serca. Odkryłam ją kilka lat temu, a dziś dopisuję kolejne zwrotki. Nic mnie już nie powstrzyma przed śpiewaniem mimo, że czasem słyszę od innych, że fałszuję.
Jestem pewna, że jestem tu z ważnego powodu. Jestem tu po to, aby dawać skrzydła innym. Szaleństwem było rzucić się na tworzenie swojej firmy i zaczynać wszystko od nowa. Ale w tym szaleństwie był i nadal jest dogłębny sens. Z managerskiego stanowiska w firmie farmaceutycznej stałam się nagle Style Coachem (stylistka + trener rozwoju osobistego w jednym). No zwariowała!
Ja bym powiedziała inaczej – odzyskała łączność ze sobą. I mimo, że jako rodzina przeżyliśmy nie jeden poważny kryzys, jako małżeństwo mierzyliśmy się z wątpliwościami czy przetrwamy, to wszystkie te odkrycia spowodowały, że nie tylko ja odkryłam swoje powołanie, zaczęłam śpiewać piosenkę swojego serca ale też odzyskałam córkę i rodzinę. Wiem, że jestem też przykładem dla innych, że gdy ja śpiewam, to ludzie w około też śpiewają. I byłam na tym kursie po to, aby dbać o swój wewnętrzny płomień, bo wiem, że aby zapalać innych, to sama muszę płonąć.
Wsiadłam znów do swojego pociągu i już nie zamierzam go porzucać. I choć wiem, że nie raz wywali mnie życie do ostatniego wagonu, być może jeszcze nie raz mój pociąg się wykolei, to już na zawsze wiem co to znaczy siedzieć w lokomotywie i płynąć z życiem przed siebie. I choć nie mam doświadczenia w prowadzeniu tego wielkiego pojazdu, to stawiam się do nauki z pokorą, bo już wiem, że to mój pociąg i wiem dokąd chcę jechać.
Stacja nr 6 – rapuj na Eminema
Nie wszystkim się moja przemiana podoba. Zaczynając od moich lajwów, poprzez to, jak wyglądam, jakie książki piszę, jakie szkolenia prowadzę i nie każdy rozumie dlaczego napisałam też książkę dla dzieci i dorosłych. No bo książki dla kobiet powiedzmy, że jeszcze jakoś przeszły, ale te dla dzieci były dla wielu kompletnym nieporozumieniem.
Nie dla mnie. To jest właśnie piosenka mojego serca i zamierzam ją śpiewać wiedząc, że nie wszystkim się to spodoba. Odkrycie mojej życiowej drogi jest największym odkryciem mojego wewnętrznego świata. Zamierzam więc rapować na Eminema do ostatniego oddechu (oj wiem, że dla osób które nie były na kursie to rapowanie może nie być jasne). Jasne jest jednak jedno – warto robić po prostu swoje, bez względu na to, co mówią inni.
Stacja nr 7 – nie jesteś w tym sama
To jest niesamowite odkrycie i moc wspaniałej grupy, której byłam częścią przez sześć tygodni trwania kursu. Szczere i autentyczne dzielenie się swoimi bolączkami, publikowanie swoich odkryć, dzielenie się fatalnymi wspomnieniami, dyskusje i tworzenie wspólnoty. To uświadomiło mi, że nie jestem sama, że są też inni, którzy przeżyli to, co ja. I że razem damy radę, bo moc podawania sobie ręki jest niezwykła. I ja się otworzyłam i ja pisałam nie tylko o sukcesach, ale też o porażkach czując się tym razem wspaniale z myślą, że nie wiem wszystkiego. I to też jest ok.
Stacja nr 8 – to, tamto, piździamto
Czyli – co powiedzą inni, to nie wypada, nie mogę, nie dam rady, etc…Już tego nie chcę słuchać. Jasne, miewam wątpliwości, rozmawiam z mężem, dywaguję, rozważam. Ale na koniec dnia odrzucam powinności i to, że może nie wypada….Nie wypadało mi też zostać stylistką, bo przecież robiłam taką zawrotną karierę, miałam samochód służbowy i zarabiałam świetne pieniądze. Posłuchałam jednak siebie mimo, że nigdy w życiu nie sądziłam, że dojdę do tego miejsca w którym jestem dziś. Mam za sobą setki cud-klientek, które mi zaufały, niezliczoną ilość przeglądów szaf, wspólnych zakupów, szkoleń, warsztatów, napisanych i wydanych książek, kursów online oraz swoją szkołę dla stylistek.
A co najważniejsze – mimo, że początki były dla mnie koszmarnie trudne, wydałam ostatnie pieniądze na międzynarodową szkołę, aby zostać Style Coachem, upadałam miliony razy, to się nie poddałam. Jestem blisko siebie, coraz bliżej i zamierzam już pilnować swojego pociągu. I choć wiem, że życie mnie nie ominie, zdarzą się turbulencje, przeszkody i nie raz wyrzuci mnie z torów, to już wiem gdzie mam wracać i wiem, że warto.
Co więcej – jeśli zdarzy się tak, że wypadnę z torów, albo nagle tory się skończą, most runie, a ja razem z nim do lodowatej rzeki, to mam obok siebie takie osoby, które wskoczą za mną, aby mi pomóc. Po największych kryzysach nie spodziewałam się, że tą osobą stanie się mój mąż i moje przyjaciółki. To jest piękne uczucie. A gdy zapomnienie dopadnie mnie głębokie, to wezmę telefon, włożę słuchawki w uszy i pójdę biegać słuchając ponownie lekcji z tego niezwykłego kursu.
Stacja nr 9 – nie raz wpadniesz do dziury, ale to jest ok
Jadę swoim pociągiem i ciągnę za sobą swoje wagony. Między innymi jest wagon – relacja z mężem, relacja z córką, relacje z bliskimi, rozwój, finanse, firma, zdrowie, kondycja fizyczna, poczucie wartości, pasje, czas dla siebie, odpoczynek. Już wiem, że są i wiem, że stale muszę o nie dbać, ale nie raz zdarzy mi się wpaść „do dziury”. Niektóre wagony są jak nowe, lśniące, błyszczące i solidne, a niektóre wymagają opieki, czyszczenia i zatrzymania. Już wiem, że jeśli nawet tylko jeden wagon zaczyna się psuć, to spowalnia cały pociąg. Tym razem odkryłam, że wagon – zdrowie, wymaga zatrzymania. Wpadłam do dziury nawet nie wiem kiedy. Kontuzja, rozsypany kręgosłup, rehabilitacja i brak ruchu przez kilka miesięcy pociągnął za sobą rezygnację ze zdrowego jedzenia. Choć może nawet jest zdrowe ale za dużo, hamulce na pokusy puściły i waga natychmiast poszybowała do gry. Było tak dobrze, przez półtora roku trzymałam się, osiągnęłam świetną wagę, smukłą sylwetkę, a dziś znów muszę zaczynać wszystko od początku. I choć mogłabym wyciągnąć bejzbol i skatować się za to, to już tak nie chcę. Z łagodnością, wsłuchując się w swoje serce stawiam się po raz milionowy!
Stacja nr 10 – przestań siebie naprawiać, a zacznij odkrywać
No bo właśnie w tym rzecz i to jest największe odkrycie i zmiana, której uczy nas Ewelina. Przestań siebie katować, biczować i oceniać. Przestań siebie naprawiać, a zacznij odkrywać. Schowaj bejzbol do szafy, i sięgnij po współczucie, empatię i zrozumienie. Skoro leżysz na podłodze i nie możesz wstać, to właśnie w takich momentach potrzebujesz siebie najbardziej. Potrzebujesz być po swojej stronie, podać sobie rękę i wstać. Pogadać sama ze sobą, wysłuchać, zrozumieć, przytulić i być dla siebie zawsze.
Ten kurs online, to był najlepszy prezent jaki mogłam sobie sprawić. Ten kurs zostanie ze mną na całe życie, które już nigdy nie będzie wyglądać tak samo. Staje się pełniejsze, piękniejsze. Staje się CUDowne. Miałam to szczęście znaleźć się w szesnastej edycji kursu. Mam nadzieję, że coraz więcej ludzi będzie odkrywać swój potencjał, otwierać serca i zaglądać wgłąb siebie. Bo tam jest cud do odkrycia.
Kochana Ewelinko.
Wyobraź sobie, że na ten kurs wybierałam się już od dłuższego czasu. Ale uważałam, że skoro nie jest tak źle, skoro nawet jest już dobrze, to chyba nie potrzebuję. Myślałam, że na taki kurs, to się idzie wtedy, kiedy jest się w czarnej dupie. Poczułam, że mimo, że jest dobrze, to chcę iść.
Poszłam z myślą odkrywania kolejnych decyzji biznesowych, kolejnych projektów i dróg. Poszłam z pytaniem – co dalej mam robić?
To, co odkryłam zaskoczyło mnie bardzo. Bo odkryłam, że wcale nie muszę i nie chcę tworzyć kolejnych projektów, pisać na gwałt kolejnych książek, tworzyć kolejnych kursów. Tu odkryłam, że chcę się po woli rozwijać, że na wszystko jest czas, że chcę pielęgnować w swojej firmie to, co już jest. Okazało się, że na kurs przyszłam po to, aby napełnić kieszenie miłością, odwagą, świadomością, po to, abym mogła żyć jeszcze pełniej i mieć czym dzielić się z innymi.
Dziękuję, że jesteś. Twoja szczerość, odwaga, piękno Twojej duszy sprawia, że i ja wierzę, że mogę błyszczeć i śpiewać piosenkę swojego serca.
Justyna Krawczyk
Style Coach




