BlogPsychologicznie, kobieco

„Coś za coś” od dziś wyrzucam ze swojego słownika

Od 19 lutego 2017 brak komentarzy

Postanowiliśmy spełnić marzenie. Od lat marzymy o tym, aby miesiące zimowe spędzać w ciepłych krajach. Oboje nie lubimy zimy. Nie jeździmy na nartach, ani na łyżwach. Ja mam alergię na elektryzujące się włosy, wyschniętą skórę, rajstopy pod spodniami, spierzchnięte usta, łamiące się paznokcie i opryszczkę przez pół zimy.

Kilka lat temu zrobiłam wielki krok na przód. Krok do wolności decydowania jak chcę żyć, ale nad wolnością finansową trzeba było się napracować i wciąż trzeba. Na szczęście awersja do zimy i wysokie koszty ogrzewania naszego domu, spowodowały, że mój mąż zaczął marzyć o tym samym. Na szczęście wbrew temu, co mówili i doradzali mu inni, on również dwa lata temu zdecydował się na własną firmę.

I oto tu jesteśmy. Na wyspie niewiarygodnej, pachnącej, absolutnie nieziemskiej. Ponieważ przylecieliśmy na miesiąc a bilety za naszą trójkę to wysoki koszt, wyznaczyliśmy sobie dzienny budżet na wydatki. Pierwszy nasz przystanek to Sanur. Piękne miasteczko na Bali i całkiem przyjemny hotel, który zarezerwowaliśmy na booking.com, zaraz przed wylotem. Dwie zarezerwowane noce zamieniły się w tygodniowy pobyt pełen wrażeń, pysznej kuchni i wycieczek. Wciąż w wyznaczonym budżecie.

Po tygodniu postanowiliśmy przeprowadzić się na wyspę Lembongan i tam też zarezerwowaliśmy jedną noc w tak zwanych rajskich chatkach w świetnej cenie.

chatka

Chatka pomimo, że urocza to jednak bardzo mała. We trójkę nie bardzo mieliśmy się jak ruszyć, czy rozpakować. Dodatkowo łazienka na świeżym powietrzu i towarzyszące jej insekty nie były na tyle zachęcające, aby zostać dłużej. Ale co tam, przecież zarezerwowaliśmy tylko jedną noc! Jeszcze tego samego dnia weszliśmy ponownie na booking i wytypowaliśmy 4 miejsca, które skrupulatnie obejrzał mój mąż w towarzystwie kierowcy na skuterze.

Następnego dnia zapakowaliśmy wszystkie walizki i przeprowadziliśmy się do kolejnego miejsca. Miejsca większego, tuż przy pięknej plaży, no może nie za wysokiego jeśli chodzi o standard ale czystego. Tak zrelacjonował mój mąż.

Miejsce faktycznie urocze, cena rewelacyjna ale pokoje pozostawiały wiele do życzenia….okazuje się bowiem, że to, czego nie dostrzegliśmy na pierwszy rzut oka, dostrzegliśmy chwilę później, gdy potwierdziliśmy rezerwację dwóch kolejnych nocy.

Dziury w drzwiach i oknach, które zaklejaliśmy szarą, szeroką taśmą klejącą. Miliony komarów, które wchodziły do mieszkania przez otwory, których nie brakowało. Niemiła obsługa, jedzenie nie godne tego, żeby je zjeść. Ale byliśmy nad samą rajską plażą, mieliśmy piękny ogród i niezwykły basen. Pomyślałam, no cóż, coś za coś. Chciało się przylecieć na Bali na miesiąc, to teraz trzeba zaakceptować gorsze warunki i zamknąć buzię.

Tylko, że ja tak nie potrafię. Wracając po całym dniu do domu, dostawałam dreszczy i ze strachu i obrzydzenia przed wejściem do domu zaczynał mnie boleć brzuch. Ale nadal próbowałam sobie tłumaczyć – coś za coś. To tylko noc, to tylko sen, następnego dnia wstaniesz i zobaczysz ten rajski widok i będzie dobrze.

Ale nie było. Rano nie mogłam już nic przełknąć a widząc rozczarowanie mojego męża nie chciałam mu dokładać i marudzić, więc nic nie mówiłam. Za chwilę oboje nic nie mówiliśmy, aż nagle przypomnieliśmy sobie, że wcale nie musimy tu być. No jasne, kolejne pakowanie i szukanie następnej miejscówki nie było najlepszym scenariuszem, ale przecież taki rodzaj podróży wybraliśmy!

Odpaliliśmy komputer i zaczęliśmy szukać. Niestety na Lembongan jest albo niski albo wysoki standard na który nie mogliśmy sobie pozwolić. Nie mogliśmy znaleźć nic w standardzie 3 dobrych gwiazdek. Było albo tanio i wiedzieliśmy już czym to pachnie, albo drogo.

Namierzyliśmy jakiś miły (tak wyglądał na zdjęciach) hotelik i ruszyliśmy zaraz z samego rana. Idąc przed siebie zatrzymaliśmy się przed hotelem, który przypominał miejsce, do którego jeździliśmy niegdyś z korporacyjnych pensji, na wakacje luksusowe jako nagroda za roczną pracę w miejscu, które przyprawiało mnie osobiście o codzienny ból głowy i brzucha.

Staliśmy tak przez chwilę i wciąż przypominaliśmy sobie słowa – coś, za coś. Zdawaliśmy sobie sprawę z okrutnej prawdy, że hotel 4* nie jest dla nas ale coś nas pokusiło, żeby wejść. Choć, chociaż się rozejrzymy – powiedziałam i weszliśmy.

Na recepcji przywitał nas przemiły człowiek, który natychmiast się przedstawił i wypytał nas o imiona. Zaraz za nim pojawiły się piękne recepcjonistki, które z zachwytem patrzyły na Nataszkę i usiłowały się z nią porozumieć. Opowiedzieliśmy recepcjoniście czego szukamy, a gdy powiedział nam cenę za dobę tego pięknego hotelu, to niestety tylko utwierdziliśmy się w przekonaniu, że nie możemy sobie na niego pozwolić.

Ale o dziwo recepcjonista zaczął z nami rozmawiać. Przyszedł manager hotelu i z równie serdecznym uśmiechem nas przywitał. Zaczęły się w efekcie negocjacje ceny, które wydawały się niemożliwe bo….powiedzieliśmy jaki mamy budżet a Ci serdeczni Panowie się na niego zgodzili! Okazało się, że hotel jest nowy i ma mnóstwo wolnych pokoi. Zależało im również na sprzedaży i byli skłonni do negocjacji i w efekcie opuścili nam cenę o 50%!

Cudowny hotel, czyściutki, pokoje jak marzenia, dwa baseny, przepyszne jedzenia było nasze! Nie mogłam w to uwierzyć, tym bardziej, że gdy zdecydowaliśmy, że zostajemy na dłużej otrzymaliśmy bezpłatne zaproszenie na kolację z okazji Walentynek, oraz dwie wycieczki w cenie pobytu.

Nie mogliśmy w to uwierzyć! Mieliśmy wrażenie, że to miejsce czekało na nas. Mamy dziś takie przekonanie, że trzeba szukać i czasem trzeba szczęściu nieco pomóc.

Spakowaliśmy się w 10 minut i w ciągu godziny byliśmy już w tym nowym rajskim miejscu. Na stałe postanowiliśmy wyrzucić ze słownika  „coś za coś” i zamienić je na „i”. Bo okazuje się, że jest to możliwe! Trzeba się jedynie trochę wysilić i dać sobie szansę.

Justyna

Fot: Etsuko G. Harukichi

pic1

pic2

pic3

pic4

pic5

Jak spełniać marzenia – zobacz film z rajskiej wyspy

Spełnij swoje zawodowe marzenie i zostań Osobistą Stylistką

Dołącz do grona szczęśliwych kobiet